Władysław Skoraczewski - Stowarzyszenie Wychowanków Harcmistrza Władysława Skoraczewskiego

Idź do spisu treści

Menu główne

Władysław Skoraczewski

Władysław Skoraczewski instruktor  harcerski, twórca i kierownik Centralnego Zespołu Artystycznego ZHP, artysta operowy, wielki i wspaniały człowiek.


Władysław Franciszek Skoraczewski, „Władek”, urodził się 3 grudnia 1919 roku w Warszawie. Kształcił się w gimnazjum im J. Zamojskiego, gimnazjum Księży Marianów w Warszawie a potem na Wydziale Nauk Społecznych i Ekonomicznych Wolnej Wszechnicy Polskiej. Jednak to nie ekonomia miała być treścią jego życia, jeśli już, to bardziej nauki społeczne a zwłaszcza praca z  młodzieżą. Praca z młodzieżą harcerską, praca o ściśle określonym profilu profilu artystycznym. Sam od wczesnych lat młodzieńczych postanowił poświęcić się śpiewaniu, i to śpiewaniu na poziomie najwyższym, bo operowym. Od roku 1945 do roku 1947 śpiewał już, jako solista bas-baryton w muzycznych teatrach  warszawskich (debiutował jako Tonio w „Pajacach” Leoncavallo oraz jako Serwacy Ładoga w „Verbum Nobile” Moniuszki), rok później przeniósł się do Teatru Muzycznego „Roma” a po  odbudowaniu straszliwie zniszczonego Teatru Wielkiego, w roku 1965 podjął tam pracę solisty i pracę tę wykonywał do końca, do przedwczesnej śmierci w roku 1980.

WŁADKA PRACA HARCERSKA I WŁADKA ŻYCIE CZYLI
ZESPÓŁ
Pracę harcerską rozpoczął jeszcze przed wojną, w 1933 roku, jako 14-latek w 2 WDH (warszawskiej drużynie harcerskiej) przy gimnazjum Zamojskiego, w 1937 roku został drużynowym 26 WDH im. Gen. Dionizego  Czachowskiego (hufiec Praga) przy zespole szkół przy ulicy Kowalskiej. Poznał wówczas działaczkę harcerską Halinę Ambroży, swoją przyszłą pierwszą żonę („rzymski"  ślub 30 grudnia 1945 roku w kościele S.S. Wizytek). W 1938 roku, po ukończeniu kursu, dziewiętnastoletni Władek dostaje nominację na podharcmistrza. Przedwojenna praca i przygody harcerskie kończą się w 1939 roku na ostatnim letnim obozie hufca Praga nad jeziorem Wielkie Partęczyny koło Brodnicy, obozie, do którego potem Władek będzie często powracał w swych wspomnieniach opowiadając nam o tych cudownych  choć ciężkich latach wolności w swoich niesamowitych i niezapomnianych gawędach przy ognisku. Podczas okupacji (lata 1940-1944) wraz ze stryjem Piotrem wstąpił do Armii Krajowej i wziął udział w Powstaniu Warszawskim, walczył na Czerniakowie. Po upadku powstania, uciekając przez Pruszków i wędrując przez lasy świętokrzyskie dotarł do wsi Zagość koło Jędrzejowa (kieleckie)  gdzie znalazł schronienie na plebanii księdza Piotra Barańskiego i brał aktywny udział w ruchu partyzanckim.
W 1945 roku Władek wraca do zburzonej Warszawy i natychmiast podejmuje pracę w harcerstwie, nominowany w tym samym roku na stopień harcmistrza (GKH R.L. 9/45). Od razu zwołuje harcerzy i przyjaciół na pierwsze spotkanie,  na Wiejskiej 9. Na przełomie sierpnia i września zakłada pierwszy powojenny chór. Na zbiórki wszyscy chodzą piechotą, Władek aż z Grochowa, komunikacji bowiem w doszczętnie zburzonej Warszawie jeszcze  nie ma… Ten pierwszy zespół śpiewa w październiku 1945  roku na I Zjeździe Instruktorów ZHP. W grudniu tego roku chór śpiewa na Pasterce w kościele Wizytek, tradycja ta trwa aż do 1949 roku.
W następnym roku, dzięki poparciu Głównej Kwatery chór pod nazwą „Harcerski Zespół Pieśni i Tańca” występuje ze śpiewogrą „Wesele” oraz prezentuje pieśni ludowe, harcerskie i partyzanckie. Zespół śpiewa tak dobrze, że zimą 1947 roku Mieczysław Fogg decyduje się na nagranie kolęd (w układzie prof. Wandy Opid-Mayer) śpiewanych wraz z artystami  Opery Warszawskiej w swoim studio na Okęciu. Studio to, Fogg-Record, zostaje potem zajęte i zdewastowane przez Urząd Bezpieczeństwa. W Niedzielę Palmową tego roku zespół występuje z „Oratorium  Męki Pańskiej wg Ewangelii Św. Mateusza”. Dzięki doskonałym kwalifikacjom nabytym podczas pracy instruktorskiej i własnej działalności artystycznej, od samego początku udaje się Władkowi zapewnić dwa, niezwykle ważne elementy stanowiące o klasie tego pierwszego zespołu a także zespołów następnych (będących kontynuacją tego pierwszego)  
znakomitą atmosferę i wysoki poziom artystyczny. Te dwa elementy będą niezwykłą i solidną postawą całej późniejszej działalności Władka - aż do ogromnego i działającego w latach 1965-1980 przy Teatrze Wielkim w Warszawie Centralnego Zespołu Artystycznego ZHP, składającego się z pełnej orkiestry symfonicznej, chóru  dziecięcego oraz chóru starszego (w sumie niespełna pół tysiąca osób). Podstawą niezwykłą, bowiem wiele podobnych zespołów musiało zawsze wybierać pomiędzy jakością artystyczną a atmosferą właśnie. I najczęściej wspaniały poziom artystyczny, możliwy dzięki prawdziwie morderczej dyscyplinie, bezlitosnej konkurencji i eliminacji, był osiągany kosztem  panującej w takim zespole atmosfery. Przeciwnie, zespoły mające zbyt przyjacielski i luźny charakter nie prezentowały niestety zazwyczaj wysokiego poziomu wykonawstwa. Władkowi, jako jednemu z nielicznych, udało się, od samego początku, zapewniać i jedno i drugie.
Następne kilka lat życia Władka upłynęło pod znakiem intensywnej działalności harcersko-artystycznej wykonywanej w niezwykle ciężkich warunkach. Zespół pod jego kierownictwem brał aktywny udział w harcerskiej akcji letniej „Harcerstwo Warmii i Mazurom” (lata 1946-48)
koncertował, ile się tylko da, i gdzie się tylko da,  w „często nieufnych i nieprzyjaznych wioskach mazurskich”. Młodzi artyści podróżowali wówczas w… doczepianych do składów osobowych wagonach towarowych z wbudowanymi prymitywnymi półkami  i trzypiętrowymi pryczami. Repertuar obejmował pieśni legionowe, powstańcze, okupacyjne, akowskie. Podczas pierwszego takiego obozu (1946) zespół objechał Olsztyńskie, Pomorze Zachodnie i Dolny Śląsk, w sumie ponad 2500 km. W roku 1947 „wyraźnie” się poprawiło wciąż wagony, ale tym razem do przewozu mebli. Ponad 100-osobowy   "Reprezentacyjny Chór ZHP” zaliczył podobną trasę, zaśpiewał też dla wojsk radzieckich w Legnicy a w drodze powrotnej odwiedził „Władkową” wieś Zagość. Trzeci  i ostatni obóz miał miejsce w roku następnym. O specyfice tych ciężkich powojennych lat i wciąż obecnym cieniu wojennych i powstaniowych tragedii świadczy akcja pomocy finansowej, jaką podjął  wówczas Zespół dochód z trzech koncertów w 1946 roku przekazano na koszty ekshumacji 11 harcerek zamordowanych w powstaniu w szpitalu na ulicy Wolskiej.
Specyfika lat powojennych to także likwidacja harcerstwa w Polsce w latach 1949-50 i po prostu konieczność przejścia do organizacji o nazwie Służba Polsce. Wiosną 1949 roku zespół nosił nazwę  „Reprezentacyjny Chór SP pod dyrekcją W. Skoraczewskiego” i oczywiście zmienił nieco repertuar w którym musiały się pojawić pieśni masowe i „okolicznościowe” („Generał  Walter”, „Nasza Daleka Droga”). W lipcu tego roku 80-osobowy chór koncertował na obozach Junackich Hufców Pracy i w jednostkach wojskowych.
Władek dwoił się i troił i robił wszystko, aby Zespół mógł istnieć. W 1950 roku spróbował współpracy z Agencją Artystyczną ARTOS. Zespół liczący wówczas  około 60 osób z nowym repertuarem, dostosowanym do wymogów Agencji, w kolejnych dwóch latach koncertował w ośrodkach FWP i w uzdrowiskach. Pojawiło się wówczas wiele chóralnej muzyki operowej, zespół  wystąpił też wraz z Marią Fołtyn w warszawskiej Hali Gwardii z wersją koncertową „Halki” St. Moniuszki.
Po Agencji przyszła kolej na przejście pod opiekę Związku Zawodowego Kolejarzy, odbyło się kilka prób w „czymś w rodzaju domu kultury” na osiedlu Domków Fińskich. Ostatnią próbą była nieudana współpraca z innym Związkiem, tym razem Budowlanych. W 1955 roku chór musiał zawiesić swą dziesięcioletnią już działalność.
Wszystko odżyło po pamiętnym roku 1956, kiedy to odbył się Łódzki Zjazd Harcerstwa. W listopadzie roku następnego z inicjatywy Władka powstał nowy zespół tworzący jednocześnie  Szczep Drużyn Artystycznych ZHP (pierwsza próba
dokładnie 27 listopada 1957). Członków zespołu pozyskiwano z warszawskich szkół, po których  jeździł początkowo Władek a potem dołączył do tej akcji hm Henryk Kośla; jako pierwsze pojawiły się w zespole dziewczęta z liceum im. Hoffmanowej. Lato następnego roku to pierwszy  obóz wędrowny, ponad 30 koncertów zaśpiewanych na Warmii i Mazurach. Od listopada 1958 roku patronat nad szczepem objęła dyrekcja Opery Warszawskiej i dotychczasowe próby na Senatorskiej w siedzibie Chorągwi Warszawskiej  przeniesiono na Nowogrodzką (Roma). Zespół zaczął się na dobre rozrastać. W październiku 1958 r. Władek utworzył początkowo małą, 36-osobową orkiestrę symfoniczną. Rok wcześniej (1957) powstał chór dziecięcy (drużyna młodsza) którego pierwszym pedagogami zostali phm Gabriela Konopka i oczywiście Władek. Od samego początku dzieciaki śpiewały nie  tylko repertuar koncertowy ale brały udział w wielu przedstawieniach operowych (Tosca, Carmen, Borys Godunow, Król Roger). W tych pracowitych latach Władkowi pomagali phm Alicja Majewska, hm Henryk Kośla, phm Franciszek Tutak,  dh Ryszard Olek.
W 1959 roku zespół liczył już ponad 250 osób. W roku tym i następnym zespół wziął udział w akcji „Warmia i Mazury” oraz dawał koncerty dla wojska. Transport wciąż  pozostawał egzotyczny
tym razem była to kolumna ciężarówek wojskowych „przystosowanych” do przewozu młodzieży (przepisy transportu  drogowego były wówczas wyraźnie bardziej liberalne). Noclegi zapewniano w szkołach a wyżywienie organizowano we własnym, zespołowym zakresie. Repertuar zespołu był już bogaty: pieśni harcerskie,  wojskowe, ludowe, muzyka operowa, operetkowa, widowiska folklorystyczne.
Lata 60-te to kolejne zmiany na lepsze. Od 1960 roku przez kolejnych 6 lat orkiestrę przygotowywał doskonały dyrygent Opery Warszawskiej - Bogusław Madey. Ważne dla Władka i zespołu były lata 61-62. Wówczas  wspólnie z inż. Wacławem Kaniewskim, dyrektorem uzdrowiska w Kudowie Zdroju wystąpił z inicjatywą zorganizowania Festiwalu Moniuszkowskiego. W dniach 15-22 lipca 1962 odbył się pierwszy taki festiwal, którego  dyrektorem artystycznym został Władysław Skoraczewski. Wystąpili wówczas soliści i balet Teatru Wielkiego oraz orkiestra i chór zespołu, dyrygowali Bogusław Madey i W. Skoraczewski. Na festiwalu w 1966 roku  zespół zaprezentował w Kudowie oprócz III aktu „Halki” również kantatę „Widma” ST. Moniuszki, odnosząc dzięki temu niesamowitemu utworowi - ogromny sukces.  W Kudowie śpiewały też dzieci wykonując pieśni Moniuszki. W tych latach w zespole pracowali Hanna Lisowska, Alina Piechowska i Jan Zdzisław Rysiński.
Na obozach letnich realizowano odpowiedzialną i ważną pracę harcerską. Zespół składał się z 2 drużyn starszoharcerskich, 2 młodszoharcerskich i mieszanej drużyny zuchowej. Orkiestra  liczyła (1971) 70 osób, chór starszy 140 a dziecięcy 150. Rozpoczęła się też wieloletnia opieka z MON, które na obozach „starszych” zapewniało transport oraz zakwaterowanie
noclegi w jednostkach wojskowych a wyżywienie w kasynach oficerskich tych jednostek. Zespół starszy przejechał po kraju kilkadziesiąt tysięcy kilometrów i dał kilkaset koncertów.  Występował na poligonach, stadionach, halach sportowych i szkolnych, kinach, na zaimprowizowanych estradach na „wolnym powietrzu”, jednym słowem - wszędzie. Uświetniał akcje harcerskie (1959 „Akcja  Grunwald” śpiewając „Suitę Grunwaldzką” I. Łojewskiego, 1961 „Malta 61” Międzynarodowy Zlot Młodzieży śpiewając „Suitę Młodości", 1964 dwugodzinny koncert na III Walnym Zjeździe ZHP).
Od  1965 roku zespół znalazł się pod patronatem Głównej Kwatery ZHP, zmieniono wówczas jego nazwę na obowiązujący do końca „Centralny Zespół Artystyczny Związku Harcerstwa  Polskiego” z dodawanym zawsze uzupełnieniem „pod dyrekcją harcmistrza Polski Ludowej i solisty Teatru Wielkiego w Warszawie
Władysława Skoraczewskiego. Zmieniono też i siedzibę zespół rozgościł się w luksusowych w porównaniu do poprzednich (jak i późniejszych) pomieszczeniach dopiero  co odbudowanego Teatru Wielkiego. Pojawili się nowi instruktorzy śpiewu Krystyna Szwech (Wasilewska), Daria Iwińska. Współpracę podjął  znany i ceniony dyrygent TW Mieczysław Nowakowski.
W 1967 roku zespół liczył dobrze ponad 350 osób a Władek rozpoczął kolejną tradycję zespołu
pierwszomajowe koncerty chopinowskie  w których orkiestra CZA ZHP pod dyrekcją znanych dyrygentów (Nowakowski, Wit, Rajski) towarzyszyła znanym pianistom (Owerkowicz, Kozubek, Morski) grającym z lekkim nagłośnieniem koncerty e- i f-moll na świeżym powietrzu pod pomnikiem Chopina w warszawskich Łazienkach, tradycja ta trwała przez 15 lat - do 1982 roku. Również od 1965 roku datuje się współpraca CZA z Filharmonią Narodową, gdzie zespół  starszy brał udział w koncertach okolicznościowych a zespół młodszy w koncertach symfoniczno-oratoryjnych.
27 listopada 1967 roku, dokładnie 10 lat od pierwszej próby szczepu artystycznego odbył się w Teatrze Wielkim wspaniały 3,5 godzinny koncert jubileuszowy, program koncertu zawierał aż 35 pozycji!
Ale to nie wszystko. Władek dysponował wówczas absolutnie nieograniczoną energią. Dla kogoś, kto tylko przychodził na próby „swojego” zespołu czy orkiestry była to spora, ale też i nie przesadnie ciężka praca. Przed ważniejszymi koncertami próby były po kilka razy w tygodniu, wieczorami albo rano (niedziela przed 10 to już jest rano, wczesne rano). Władek zaś oraz kadra musieli zajmować się wszystkim. Czym? Oto krótka lista działań Zespołu z tamtych 60-70 lat. Niedzielne koncerty w Teatrze na Wyspie w warszawskich Łazienkach w ramach współpracy z Warszawskim Towarzystwem Muzycznym (chór,  orkiestra i soliści
Jerzy Antepowicz, Józef Wojtan, Jan Rysiński, Iwona Littych na ksylofonie), koncerty w filharmonii (w samym okresie 71-74 dziesięć wykonań muzyki poważnej, Beethoven, Honneger, Mahler, Prokofiew, Penderecki, List, Ravel), współpraca z Teatrem Wielkim (opery), wyjazdy zagraniczne (NRD, ZSRR, Francja), obozy letnie z programem objazdowym „Harcerski Uśmiech" rokrocznie przez wiele lat, Warszawska Jesień Festiwal Muzyki Współczesnej (1970 , „Polla ta Dina” Xenakisa i „Eco” Nordheima pod dyrekcją  A. Markowskiego), Harcerski Lipiec Muzyczny (Olsztyn, lata 65-69, z pianistami E. Głąbówną i C. Owerkowiczem, dyrygent M. Nowakowski)…
Jak to wszystko Władek ogarniał i jak sobie z tym radził pozostanie tylko i wyłącznie jego tajemnicą. Tajemnicą nawet nie taką wielką
 po prostu trzeba było być Władkiem… Przecież oprócz prób arcytrudnej współczesnej muzyki, czy muzyki z epoki renesansu, przygotowań do śpiewania takiego w pełni profesjonalnego repertuaru  przez bądź co bądź częściowych amatorów oraz dzieci (część utworów śpiewana w językach obcych!), Władek w latach 68-73 był jeszcze aktywnym członkiem Rady naczelnej  ZHP! No i oczywiście występował, jako solista, w operach wystawianych na scenie macierzystego Teatru Wielkiego…
Współpracować z prawdziwymi artystami też trzeba było umieć, śpiewali z Zespołem: Alina Bolechowska, Hanna Lisowska, Jadwiga Dzikówna, Barbara Miszel, Maria Fołtyn, Barbara Skowronek, Jerzy Antepowicz,  Jerzy Artysz, Andrzej Stockinger, Włodzimierz Denysenko, Jerzy Kulesza, Bernard Ładysz, Robert Młynarski, Wiesław Ochman, Bogdan Paprocki, Kazimierz Pustelak, Edward Pawlak, Roman Kosierkiewicz, Józef Wojtan.
Dyrygowali naszą orkiestrą: Zofia Urbanyi-Świrska, Bogusław Madey, Mieczysław Nowakowski, Antoni Wit, Wojciech Rajski, Tadeusz Wojciechowski, Jacek Kasprzyk. Zespół brał udział w koncertach dyrygowanych  przez H. Czyża, S. Wisłockiego, H. Swarowsky
ego, A. Markowskiego, J. Wiłkomirskiego. Orkiestra miała w 1971 roku w swym repertuarze 22 uwertury, 5 symfonii i  20 utworów symfonicznych.
Kompozytorzy, których dzieła mogliśmy, dzięki Władkowi, poznać: Orlando di Lasso, J.B. Lully, B. Bartok, Rossini, Moniuszko, Offenbach, Friml, Bizet, Lehar, Różycki, Dunajewski, Arona, Padilla, Tosti, Stolz, Mascagni,  Winkler, Kabalewski, Ciechan, Gluck, Stefani, Mozart, Beethoven, Elsner, Weber, Rossini, Wagner, Moniuszko, Brahms, Bizet, Haydn, Dworzak, Berlioz, Strauss, Musorgski, Czajkowski, Grieg, Debussy, Bartok, Różycki, Lutosławski, Gounod a nawet  Gershwin. Nie, to nie wszyscy, jeszcze przecież Mikołaj z Krakowa, Wacław z Szamotuł, Mikołaj Gomółka, Moniuszko, Maklakiewicz, Piechowicz, Szeligowski, Szymanowski… a Łojewski, Kluczniok, Barchacz,  Kozłowski, Sielicki, Mart, Ciechan, Radzik, Krzywoszewski, Niedźwiedzki, Sojka, Wiśniewski, Dargiel…  to co, że to inna muzyka, ale też dobra.
Na pewno wiele nazwisk nie zostało tu wymienionych, za co przepraszam, było ich po prostu bardzo dużo.

WŁADEK JAKIM GO PAMIĘTAMY I BĘDZIEMY ZAWSZE PAMIĘTAĆ

Władkowy upór i wiara w dobrą robotę.
Lata 50. Koncerty na terenach odzyskanych. Praca polonizacyjna, przywracanie ziem Macierzy. Były trudności z transportem, zdarzały się wrogie przyjęcia przez miejscową ludność lub całkowity  ostentacyjny brak jakiejkolwiek reakcji. Bywało, że brakowało też jedzenia! Mimo to Władek i zespół realizowali swoje zadania. I to z powodzeniem. We wspomnieniach z tamtych lat często przewija się wątek takiego właśnie nieufnego czy wręcz wrogiego początku koncertu, który kończył się potem… obdarowaniem każdej chórzystki i każdego chórzysty bukietem kwiatów.  
Poza akcją letnią przez cały rok Władek wraz z kadrą instruktorską (harcerską i muzyczną) wykonywał bieżące zadania wychowawcze i artystyczne - szkolenia harcerskie i próby. Obozy letnie  (od samego początku istnienia Zespołu) też nigdy nie były odpoczynkiem. Elementy harcerskie (biegi, zdobywanie sprawności, uczenie się „pionierki”, „samarytanki”, orientacji w terenie, znajomości prawa harcerskiego, tradycji i symboliki obowiązującej w ZHP) łączono bowiem z licznymi koncertami, na które trzeba było zawsze dojechać, odśpiewać i odegrać, powrócić (często  bardzo późno) i… być gotowym następnego ranka do kolejnych zajęć i prób. Jest rzeczą niesamowitą, że od początku aż do końca istnienia Zespołu, mimo takich ciężkich naprawdę warunków, nikt nigdy w Zespole nie narzekał, nikt z tego Zespołu nie odchodził. Ja sam pamiętam taki epizod z jednej z mazurskich właśnie wiosek, gdzie po przejechaniu połowy bardzo długiej trasy (oczywiście na koncert) zarządzono godzinną przerwę. Pierwszą naszą reakcją na to była chęć odespania chociażby tej godziny. Ale na sam dźwięk donośnego zresztą głosu Władka każdy się zrywał na równe nogi
każdy miał bowiem świadomość niepowtarzalności każdej przeżytej w zespole chwili nie było sensu jej tracić.  Zawsze i wszędzie w Zespole działo się coś interesującego, wartego przeżycia.
To właśnie było jedną z wielu zasług Władka
perfekcyjna praca z młodzieżą oraz w pełni  profesjonalne podejście do  spraw artystycznych. I czy to dotyczyło pierwszych obozów letnich na tak zwanym „dzikim Zachodzie” czyli Ziemiach Odzyskanych, gdzie naturalne były dodatkowe trudności, wynikające z ówczesnych politycznych realiów,  czy koncertów w wojsku, późniejszych wyjazdów „cywilnych”, udziałów w festiwalach, czy miejscowych występów w Warszawie w Teatrze czy Filharmonii  zawsze mogliśmy na Władka liczyć a dzięki Niemu mogliśmy liczyć na siebie. Sukcesy czy dobre przyjęcie naszych występów nie brały się z niczego. To był zawsze wynik ciężkiej pracy do której Władek zawsze potrafił nas przekonać. Mimo naszych „cielęcych” marzeń o błogim „nicnierobieniu” i  naturalnej chęci do „chwili odpoczynku” czy zajmowania się własnymi sprawami. Władek wierzył w to, co robi, bo wiedział, że porządna robota zawsze się opłaci.
Kolejny przykład - w 1958 roku Władek założył pierwszą harcerską orkiestrę symfoniczną. Pierwszy występ tej orkiestry nastąpił na Walnym Zjeździe ZHP
sukces był tak wielki, że telewizja przedłużyła swoją transmisję z Sali Kongresowej o całą godzinę (było to możliwie tylko w tamtych czasach,  gdy nie było jeszcze reklam…).  Było to zamierzenie jak zwykle u Władka ambitne i jednocześnie niesamowicie „trafione”, choć też i bardzo trudne. W szkołach muzycznych I i II stopnia istniały i istnieją takie szkolne orkiestry, ale ćwiczony tam i grany repertuar jest dość standardowy i wymuszony programem nauczania. Harcerska orkiestra oferowała uczniom i studentom uczelni muzycznych coś zupełnie  innego, znacznie bardziej atrakcyjnego nie tylko repertuar klasyczny (wyjątki z oper, specjalne opracowania muzyki symfonicznej) ale i muzykę ludową, wojskową (sic!), utwory operetkowe czy wreszcie utwory popularne, o charakterze estradowym. Do tego zaś dołączana była specjalna atrakcja, dostępna „tylko u Władka”  praca harcerska i obozy letnie. Wielu z tych, znanych i sławnych dzisiaj muzyków, dzięki Władkowi poznało po raz pierwszy w życiu harcerstwo. Poznało i w większości przypadków -  autentycznie pokochało.
Pamiętam dobrze te dość typowe i raczej negatywne reakcje tych ludzi, nigdy nie należących do harcerstwa, na konieczność „wbicia się w mundurek” obowiązujący podczas koncertów.  I pamiętam niesłychanie wyrafinowane, delikatne a skuteczne działania Władka
rozmowy z tymi ludźmi, zwłaszcza niesamowite wręcz gawędy  przy ogniskach, ciągła praca prowadząca do tego, że ludzie ci (dojrzali muzycy, soliści Teatru Wielkiego) w połowie obozu a na pewno na jego końcu, z ogromnym, autentycznym wzruszeniem składali przyrzeczenie  harcerskie i stawali się wreszcie „prawdziwymi” harcerzami.
Potężny już zespół, należący do Szczepu Drużyn Artystycznych i noszący miano Centralnego Zespołu Artystycznego ZHP działał, dzięki niesamowitej wprost, aktywnej i ciężkiej pracy Skoraczewskiego, na wielu polach. Obozy w kolejnych latach to kolejne koncerty w ramach harcerskiej akcji letniej „Warmia i Mazury” (między innymi specjalne koncerty z okazji 600-lecia Lidzbarka Warmińskiego, koncert  podczas manifestacji na Polu Grunwaldzkim). W roku 1960 za udział w tej akcji CZA ZHP otrzymał  Złotą Odznakę Zasłużonych dla Warmii i Mazur (Władysław Skoraczewski dostał odznakę srebrną).
Następny, wspaniały pomysł Skoraczewskiego to nawiązanie współpracy z… wojskiem. Dla młodzieży harcerskiej zgromadzonej w CZA ZHP stanowiło to oczywiście jeszcze jedną, niesamowitą atrakcję, dodatkowy element motywujący chęć wstąpienia do Zespołu i pracy w Zespole. Ale też i dodatkowa praca
nauczenie się całkiem nowego repertuaru. Wojsko, dzięki ustaleniom zawartym „na wysokim szczeblu” (z Głównym Zarządem Politycznym LWP) dawało sprzęt - głównie ciężarówki słynnej marki Star 66,  przewożące oraz wytrząsające bezcenną młodzież i cenne instrumenty, na obozy i na realizowane na obozach koncerty.
Podczas tych kilku owocnych lat współpracy z wojskiem CZA ZHP odbywał obozy tylko wędrowne i „zamieszkiwał” w kolejno odwiedzanych koszarach kolejnych okręgów wojskowych. Tamże też był żywiony, trzeba tu wyraźnie podkreślić - nie żołnierskim prostym jedzeniem, ale tym, co oferowały wówczas kasyna oficerskie. W zamian Zespół realizował program oświaty kulturalnej dla  wojska w postaci specjalnych koncertów wykonywanych w jednostkach, na poligonach, na stadionach, w halach sportowych, właściwie wszędzie. W ramach tych koncertów odbywały się także specjalne konkursy dla  żołnierzy, konkursy prowadzone przez harcerzy a zwłaszcza przez nadzwyczaj przez wojsko doceniane - harcerki. Liczący już dobrze ponad 400 osób Zespół osiągnął wówczas tak wysoki poziom artystyczny,  że występował również na scenach warszawskich teatrów muzycznych oraz wystąpił na scenie słynnego Teatru „Bolszoj” w Moskwie.
Władysław Skoraczewski miał bez przerwy jakieś nowe pomysły, starał się wykorzystać każdą okazję, ale raczej nie dla tak zwanej kariery, ale głównie dla Polski i dla Zespołu, JEGO Zespołu. Mimo swej, też bardzo intensywnej pracy operowej (śpiewał przecież partie basowe w większości oper wystawianych na deskach warszawskiej „Romy” a potem Teatru Wielkiego, śpiewał także na wielu innych koncertach), w 1961 roku zajął się Festiwalem Moniuszkowskim w Kudowie. Oczywiście inaugurację tego Festiwalu (w rok później, w 90 rocznicę śmierci Stanisława Moniuszki)  uświetnił nie kto inny jak CZA ZHP, wykonujący (chór i orkiestra) bogarty repertuar moniuszkowski i kończąc słynnym mazurem ze „Strasznego Dworu”. Zespół potem jeszcze wielokrotnie występował w Kudowie. Skoraczewski został potem „Honorowym Obywatelem miasta Kudowy” ale przede wszystkim chodziło mu o docenienie muzyki Stanisława Moniuszki, równie pięknej jak muzyka B. Smetany czy A. Dworzaka,  ale w przeciwieństwie do tych czeskich i znanych na całym świecie kompozytorów, właściwie w ogóle nie promowanej. Podobnego zdania było również wielu innych polskich muzyków, ale poza aktywną  również w Kudowie (i na Kubie) Marią Fołtyn i Władkiem właśnie, nikt w tym kierunku nie podejmował żadnych kroków. A Skoraczewski wprowadził na stałe muzykę Moniuszki do swego Zespołu i to w postaci jakże typowej dla niego
najambitniejszej i najtrudniejszej, w postaci pełnych inscenizacji trudnych dzieł tego kompozytora. W 1966 roku w Parku  Zdrojowym w Kudowie wystawił i reżyserował „Widma” Moniuszki (do tekstu z II części „Dziadów” Mickiewicza). W przedstawieniu tym brali udział soliści z Teatru Wielkiego w Warszawie  oraz chór i orkiestra CZA ZHP. „Widma” zostały potem wystawione wielokrotnie w Kudowie, na zamku w Olsztynie, w Częstochowie oraz aż czterokrotnie w Filharmonii Narodowej w Warszawie. „Nie jest to zbyt częste zjawisko, żeby zespół właściwie amatorski, harcerski, występował na estradzie filharmonicznej, w repertuarze poważnym” napisano  wówczas w jednej z recenzji. Władkowi oczywiście ciągle było mało i dlatego „Widma” wystawił jeszcze trzykrotnie w niesamowitej wprost naturalnej scenerii słynnej kieleckiej „Kadzielni" (amfiteatr i scena na terenie byłego kamieniołomu niemal w samych Kielcach) w ramach uczestnictwa zespołu w Harcerskim Festiwalu Kultury Młodzieży Szkolnej.
Władek w ogóle lubił niesamowite pomysły, które wszystkie przecież miały jeden cel
propagowanie muzyki i kultury oraz harcerstwa. Takim niesamowitym  i znów genialnym pomysłem były niewątpliwie rozpoczynane po północy (w ramach wspomnianego powyżej Festiwalu w Kielcach) koncerty na Świętym Krzyżu (Łysej Górze), gdzie estrada dla orkiestry  i praktykable dla chóru były ustawione przed gmachem Klasztoru (ściślej gmachem Muzeum Przyrodniczo-leśnego Świętokrzyskiego Parku Narodowego). Oczywiście koncert taki musiał się rozpoczynać… „Nocą na Łysej Górze” M. Musorgskiego. Już za tylko ten pomysł należą się Władkowi niesamowite brawa wrażenia, jakich doświadczali wówczas licznie zgromadzeni słuchacze, były bowiem trudne do opisania. Tysiące (tak!) młodych ludzi wsłuchiwało się wówczas w nocy w dźwięki muzyki… symfonicznej  i to przecież wcale nie łatwej w odbiorze!
Jeszcze ambitniejsze muzycznie zadania, których podjął się Władysław Skoraczewski wraz ze swym zespołem to inscenizacje kolejnych utworów Stanisława Moniuszki
 tym razem kantaty „Milda” i „Nijoła” (do słów J.I. Kraszewskiego), zaprezentowane w Kielcach oraz na specjalnym koncercie (ostatnim niestety koncercie z udziałem Władka) w grudniu 1979 roku w Filharmonii  Narodowej w Warszawie.
Skoraczewski był po prostu bez reszty oddany swemu Zespołowi i pracy z młodzieżą. Zespół ten, zmuszany, ale w ten jedyny, właściwy tylko Władkowi subtelny ale i bezwzględny sposób do ciężkiej pracy, osiągał coraz to wyższy poziom artystyczny.
Orkiestra zespołowa rokrocznie grała na inauguracyjnych koncertach chopinowskich pod pomnikiem kompozytora w Łazienkach w Warszawie. Mowa oczywiście o koncertach fortepianowych e-moll i f-moll. Pierwszy taki koncert miał  miejsce 1 maja 1967 roku (koncert e-moll grał słynny pianista Cezary Owerkowicz). Ostatni odbył się w dwa lata po śmierci Władka (Anna Jastrzębska
 fortepian, Daniel Olbrychski recytacje). Łazienki były w ogóle dla Władka miejscem szczególnym. Co roku w majowe niedziele Zespół dawał specjalne  koncerty w Teatrze na Wyspie. Co roku, w pierwszą niedzielę września cały Zespół spotykał się po wakacjach w kawiarni w Łazienkach (przy Pałacu na Wodzie) i zwyczaj ten (niestety z roku na rok przychodzi  coraz mniej osób) trwa do dziś.
Pisząc o niesamowitym oddaniu Skoraczewskiego dla stworzonego przezeń zespołu nie można pominąć kolejnych jego działań. Bardzo ważne więc były występy wybranych spośród młodszego chóru dzieci w przedstawieniach operowych, realizowanych na scenie Teatru Wielkiego w Warszawie. Tu Władysław Skoraczewski, a raczej „dzieci od Władka” miały wyłączność. Śpiewały we wszystkich operach, wymagających chórów dziecięcych. W sumie zebrało się tego sporo ponad tysiąc przedstawień i to nie byle jakich
  "Kawaler srebrnej róży” R. Straussa, „Persefona” I. Strawińskiego, „Carmen” G. Bizeta, „Dziadek do orzechów” P. Czajkowskiego, „Cyganeria” i „Tosca” G. Pucciniego,  „Leśna królewna” J. Fotka, „Borys Godunow” M. Musorgskiego, „Dziecko i czary” M. Ravela, „Tannhauser” R. Wagnera, „Król Roger” K. Szymanowskiego, „Pasja” K.  Pendereckiego, „Bardzo śpiąca królewna” A. Blocha, „Jaś i Małgosia” E. Humperdincka. To nie było już takie sobie zwykłe przy ognisku śpiewanie to były trudne, operowe przecież partie. Partii tych należało te szczęśliwe dzieciaki nauczyć! A to mógł tylko Władek i jego kadra dzięki własnym operowym, ale także i harcerskim doświadczeniom (ci, którzy znają trudności występujące w nauczaniu muzyki, wiedzą o co chodzi, chodzi znowu  o to specyficzne podejście do dziecka, o to chociażby pytanie „jak to, Ty, HARCERKA, HARCERZ nie dasz rady?”). Dzieciaki (starsi również) były autentycznie szczęśliwe, przychodziły na próby  z ogromną chęcią a każdy koncert to było jedno wspaniałe, niezapomniane przeżycie. Jakże ogromnie kontrastuje to z powszechną w wielu szkołach (osobliwie muzycznych) praktyką nudnych   ćwiczeń i ogromnego stresu przed każdą audycją. Audycją, którą trzeba jakoś zagrać i jak najszybciej o tym zapomnieć.
Władek nie mógł oczywiście zapomnieć też o chórze starszym
wybrana grupa osób śpiewała regularnie w Teatrze Dramatycznym w   "Zabobonie, czyli Krakowiakach i Góralach” W. Bogusławskiego oraz w Teatrze Małym w „J.M. Wścieklicy” S. Witkacego. Ponadto zespołowi i orkiestrze symfonicznej zapewnił granie „Małej Suity" W. Lutosławskiego, śpiewanie „Mruczkowych Bajek” S. Wiechowicza czy prawdziwy rarytas, zaprezentowany na specjalnym koncercie w warszawskiej Filharmonii „Lelio czyli powrót do życia” arcytrudną kantatę na głosy solo, chór i orkiestrę oraz deklamacje H. Berlioza. Zespół brał udział w oratorium „In Monte Olivetti” L.v. Beethovena. Jakby  tego wszystkiego było mało zespół brał również udział w koncertach muzyki współczesnej  w ramach festiwalu Warszawska Jesień w Filharmonii Narodowej. Tamże wykonywał już niewiarygodnie trudne dzieła (o których wspominałem wcześniej) współczesnych kompozytorów: Y. Xenakisa, A. Nordheima  czy A. Honeggera. Harcerski zespół wykonujący awangardową muzykę współczesną… a jednocześnie średniowieczne utwory Wacława z Szamotuł, Mikołaja Gomółki, Orlando di  Lasso, czy „Pasję według Św. Mateusza” J.S. Bacha… Tego jeszcze nie było! (I po odejściu Władka już niestety nie ma i pewnie nie będzie). Wielu ówczesnych recenzentów, na początku dość sceptycznie podchodzących do idei realizowania trudnych form muzycznych przez „niedokończonych” muzyków (jeszcze uczniowie bądź studenci) i przez „zupełnych amatorów oraz harcerzy", po wysłuchaniu naszych koncertów, musiało zmienić zdanie i pisać recenzje jeśli nie entuzjastyczne, to przynajmniej umiarkowanie pozytywne. Wielu ludziom to, co dla Władka było oczywiste, wydawało  się niemożliwe. Jak można realizować jednocześnie program harcerski i artystyczny, oba na bardzo wysokim poziomie, jak można zmuszać młodzież do tak ciężkiej, całorocznej pracy a  potem jeszcze dodatkowo „katować” na obozach, na których grano i śpiewano po kilkadziesiąt (!) koncertów i realizowano zajęcia harcerskie. Władek po prostu wierzył w młodzież, ale też i miał niesamowitą charyzmę nikt z nas nie miał najmniejszych wątpliwości odnośnie celowości podejmowanych zadań. I odnośnie czekającego nas sukcesu. Być może właśnie kluczem do tego sukcesu było połączenie harcerstwa, z jego naturalną przecież dyscypliną, z pracą artystyczną.

Wielu jest na świecie ludzi, którzy wiele Władkowi zawdzięczają. I nie chodzi tu o koncerty krajowe czy zagraniczne (1966
dawna NRD, 1969 dawny ZSRR Mińsk, Moskwa, Leningrad, nagrania radiowe, 1972 Czechosłowacja, 1976 Francja, chór dziecięcy), czy też udział w przedstawieniach. Chodzi głównie o możliwość dorośnięcia w niesamowicie  przyjaznej, wesołej i atrakcyjnej atmosferze. Atmosferze nietypowej, bo takiej, jaka panuje tylko w artystycznej organizacji harcerskiej. Dla tych, którzy jeszcze jako dzieci przyszli do Zespołu a odeszli jako stare konie była to  jedyna w swoim rodzaju szansa. Szansa zobaczenia Teatru Wielkiego od kuchni, szansa emocji biegów harcerskich (zwłaszcza nocnych), szansa profesjonalnego niemal poznania muzyki w jak najszerszym sensie tego słowa, wreszcie szansa  życia w społeczeństwie. U Władka nikt nigdy nikogo nie pytał „kim są i ile zarabiają Twoi rodzice”, czy „czym jeździ tata?”  U Władka liczyło się to, kim Ty tak naprawdę jesteś… I, co najważniejsze, jeśli nawet na początku nie byłeś tym kimś najodpowiedniejszym, Władek zawsze DAWAŁ SZANSĘ na poprawę, na zmianę. Wielu byłych członków tego Zespołu, tej harcerskiej rozśpiewanej drużyny (a raczej wielu drużyn w harcerskim rozumieniu tego słowa) przyznaje, że w ich ówczesnej sytuacji, gdyby nie spotkanie z Władkiem a potem z Zespołem (w takiej właśnie kolejności!) dziś byliby zupełnie innymi, gorszymi ludźmi. Władek po prostu rzetelnie i porządnie wychowywał. Oduczał (bardzo skutecznie) egoizmu, nauczał odpowiedzialności i życia w gromadzie. I nie odrzucał nikogo, nawet tych, którzy pochodzili z tak zwanych „nizin społecznych” i którzy mieli wszelkie szanse w tych nizinach pozostać. Dzięki Władkowi, ku swemu  często ogromnemu zdumieniu, stawali się innymi, lepszymi ludźmi. Jerzy Waldorff powiedział kiedyś, że „muzyka łagodzi obyczaje”. Władek umiał to właśnie znakomicie wykorzystać. A to, że czynił to nie tylko za pomocą muzyki popularnej ale również poważnej, jest i pozostanie naprawdę zdumiewające.

Zespół Władysława Skoraczewskiego został w 1967 roku wyróżniony Odznaką Tysiąclecia Państwa Polskiego. Władysław Skoraczewski miał najwyższy wówczas stopień instruktorski  hmPL - harcmistrza Polski Ludowej, oraz rozliczne inne odznaczenia (Krzyż Komandorski, Oficerski, Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Srebrny i Złoty Krzyż Zasługi, Medal KEN, Medal za zasługi dla Obronności Kraju,  Medal Zwycięstwa i Wolności, Odznaka Zasłużonego Działacza Kultury, Złota Odznaka za zasługi dla Warszawy, Srebrna Odznaka Zasłużonego dla Warmii i Mazur, Odznaka za zasługi dla Województwa  Kieleckiego, Odznaka Zasłużonego Działacza Związku Zawodowego Pracowników Kultury i Sztuki, Złota Odznaka im. Janka Krasickiego, Medal X-lecia PRL, Order Sztandaru Pracy I klasy, Złoty Krzyż Zasługi dla  ZHP.  Dziś takie stopnie i takie odznaczenia są (zupełnie bez sensu, historii nie można przecież cofnąć czy zmienić) pomijane milczeniem. A przecież w większości przypadków nie dawano  tego tylko po znajomości lub za darmo. W przypadku Władysława Skoraczewskiego
na pewno!. Poza tym  wówczas nie było innych odznaczeń!

W CZA ZHP było, współpracowało, udzielało się, wielu znanych dzisiaj ludzi, głównie świata kultury. Słynny (założony w 1964 roku) zespół „Alibabki” to nikt inny jak  „Władkowe rozśpiewane druhny”. Przypomnę raz jeszcze - z Władkiem i jego Zespołem współpracowali (lub byli członkami zespołu) tacy artyści jak: Kazimierz Kord, Bogusław Madey,  Stanisław Wisłocki, Witold Rowicki, Mieczysław Nowakowski, Antoni Wit, Antoni Wicherek, Wojciech Rajski, Jacek Kasprzyk, Wojciech Szablewski, Tadeusz Wojciechowski, Andrzej Knap
 że wymienię tylko dyrygentów, Hanna Rumowska, Krystyna Szostek-Radkowa, Maria Fołtyn, Anna Malewicz-Madey, Stefania Woytowicz, Urszula Mitręga, Barbara Rusin, Pola Lipińska, Izabela Kłosińska, Barbara Zagórzanka,  Jan Czekay, Jerzy Artysz, Roman Węgrzyn, Edward Pawlak, Kazimierz Pustelak, Bernard Ładysz, Robert Młynarski, Wiesław Ochman, Leonard Mróz, Józef Wojtan, Jerzy Antepowicz  że wymienię śpiewaków operowych czy też Ewa Wiśniewska i Małgorzata Niemirska, Zofia Kucówna, Kazimierz Dejmek, Gustaw Holoubek, Tadeusz Borowski, Jan Świderski, Daniel Olbrychski że wymienię aktorów i reżyserów. Nie można też zapomnieć, że w zespole zaczynał swe muzyczne życie Andrzej Kieruzalski - założyciel i kierownik słynnej harcerskiej „Gawędy”. Trudno dziś wśród zawodowych muzyków (z mojego pokolenia), często rozsianych po całym świecie  nie znaleźć kogoś, kto nie słyszał o tym zespole, kto choć na krótko z nim nie współpracował. CZA ZHP (lub jego poszczególne chóry) brał bowiem udział właściwie w większości ambitnych przedsięwzięć muzycznych VIII Symfonia Mahlera, „Joanna dArc  na stosie” A. Honeggera, „Jutrznia” K. Pendereckiego, „Passio Domini Nostri Jesu Christi” i „Echo w lesie” J. Elsnera, „Na straży pokoju” S. Prokofiewa i wiele innych.

Władysław Skoraczewski
artysta operowy
Jako śpiewak operowy Władysław Skoraczewski był bardzo ceniony za doskonałą muzykalność, dobry głos o ciekawej barwie i fantastyczne wręcz zdolności aktorskie. W ciągu swego  życia wystąpił w ponad trzech tysiącach przedstawień, zaśpiewał 67 partii basowych i barytonowych. Naukę śpiewu rozpoczął jeszcze podczas okupacji (lata 1940-44) ucząc się u  profesora Grzegorza Orłowa. Równocześnie studiował dyrygenturę chóralną u księdza Wacława Gieburowskiego. Debiut operowy Władysława miał miejsce 4 grudnia 1945 roku w teatrze na Marszałkowskiej 8 (później teatr Rozmaitości) w partii Tonia w „Pajacach” Leoncavallo. Śpiewał tam też rolę Serwacego Ładogi w „Verbum „Nobile” Moniuszki. Od września 1948  śpiewał w operach wystawianych w Romie na Nowogrodzkiej a od listopada 1965 roku został etatowym solistą Teatru Wielkiego. W samym okresie lat 45-76 wystąpił w 80 operach, śpiewał ponad 3000 razy w 67 partiach  (sam Dziemba w „Halce” 239 razy).

Władysław Skoraczewski
nasz Władek
Niezrównana była słynna „vis comica” Władka, którą oprócz grania na scenie również wykorzystywał świadomie w pracy w zespole. Były przecież takie sytuacje, że MUSIAŁ kogoś za coś „objechać” ludzie są tylko ludźmi. Ale po każdej takiej scysji, gdy mu już minęło i  gdy decydował się na powrót do normalnych stosunków -  nie sposób było gniewać się na niego po wykonaniu którejkolwiek z jego słynnych min lub tak zwanej „dyplomacji” - jedynym wyjściem było przyznanie mu racji i obietnica szybkiej, natychmiastowej, poprawy. Sam Władek też po prostu nie znosił dłuższego gniewania się, był wspaniały, otaczali go, starannie  dobrani wspaniali Zespołowicze gniewać się nie można! Jeśli, to na chwilę. Często świadomie to wykorzystywaliśmy i graliśmy śmiertelnie urażonych a Władek mimo doskonałego rozumienia takich sytuacji po pewnym czasie autentycznie wpadał znowu w złość, bo przecież według jego miary - dawno już powinno dojść do zgody.
Należał do ludzi o tak zwanym wyraźnym temperamencie, mówiąc prościej - był cholerykiem i to sporym. Ale jednocześnie miał wszystkie dobre zalety takiego usposobienia. Reagował więc ostro  i natychmiastowo
jednak po dość szybkim czasie wracał do siebie i był znowu po prostu rozbrajająco słodki. Zresztą te jego reakcje (jakże słynne walenie ciężką łapą w pulpit nutowy, niejeden pulpit się wówczas rozleciał…) mogły przestraszyć tylko nowicjuszy. Znacznie efektowniejsze i skuteczniejsze były Władkowe niesamowicie szydercze przedrzeźniania naszych nieudanych interpretacji. To dopiero działało, to pokazywało natychmiast wszystkie poczynione błędy i pozwalało, po uprzednim spaleniu się ze wstydu,  od razu pokornie je poprawiać. Nie było więc żadnych niepotrzebnych dyskusji, żadnych wątpliwości. Nikt nie bał się krzyków czy ostrych spojrzeń, wszyscy bali się jak ognia tej krótkiej  i jakże bolesnej mini-recenzji Władka „to było granie? To było PITOLENIE…”.
Władek był mężczyzną średniego wzrostu, o ciekawej, „teatralnej” i wyrazistej twarzy i o bardzo przenikliwym spojrzeniu. Niezwykle inteligentny i niezwykle charakterystyczny. Artysta „pełną gębą” i to w każdej sytuacji. A jednocześnie był to ktoś, kto potrafił natychmiast nawiązywać fantastyczny i ciepły kontakt z każdym świeżo poznawanym człowiekiem.
Według jednych opinii życie osobiste Władysława Skoraczewskiego nie należało do najbardziej udanych. Ale mówiąc o życiu osobistym
 zależy, co się przez to dokładnie rozumie. Ten człowiek bowiem naprawdę  nie był w stanie oddzielić i prowadzić odrębnego życia prywatnego od życia zawodowego a przede wszystkim życia zespołowego. Żył, prawdziwie żył harcerstwem, próbami w operze, próbami Zespołu, pracami z zespołem związanymi. Często na naszych wieczornych  próbach w sali chóru na V piętrze Teatru zjawiał się na krótką chwilę w charakteryzacji grał tego wieczora na scenie.
Natomiast zawsze i wszędzie towarzyszył Zespołowi doskonały humor, w znacznym stopniu „narzucany” nam przez Władka. Koncerty dawane przez zespół nosiły więc nie bez przyczyny nazwę  „Harcerski Uśmiech”. Zdawaliśmy sobie sprawę, że przecież nie zawsze mu wszystko dobrze wychodzi, że zdarzają się sytuacje trudne, czy bardzo trudne. Mimo to, nigdy, ale to przenigdy, Władek nie okazywał tego po sobie, zawsze dla nas był wesoły i uśmiechnięty, zawsze gotów do pomocy. Był po prostu zawsze dla nas.
Władek stworzył nie tylko zespół ale i swoistą tradycję. Wielu zaczynało swój kontakt z zespołem w wielu lat pięciu, oficjalnie kończyło w wieku lat trzydziestu paru a nieoficjalnie w dalszym  ciągu żyło zespołem, w którym teraz śpiewały bądź grały ich własne dzieci. Ogromna większość byłych członków zespołu do dziś ocenia ludzi według kategorii, jakich nauczył ich Władek. Ludzie ci, często uważają się za szczęściarzy - dane im było poznać Władka i Zespół. Równie często uważają się za pechowców
żyją nadal nie istniejącym już od dawna zespołem, szukają tamtej, niepowtarzalnej, nierzeczywistej wręcz atmosfery, tamtych,  wspaniałych Władkowych ludzi.
Zwłaszcza wzruszające są dziś wspomnienia zdarzeń dla prawdziwych harcerzy najważniejszych
ognisk harcerskich. Gawędy Władka były po prostu niesamowite. Ten człowiek w ogóle umiał pięknie mówić, ale przy ognisku przechodził samego siebie. To, co zwykle bywa oklepane i nudne, w jego gawędach stawało się ciekawe i autentyczne.  Prostymi słowy, bez zbytnich frazesów mówił o Polsce, patriotyzmie, o tradycjach, historii, o harcerstwie, przyjaźni, uczciwości, obowiązkach. Często wspominał czasy okupacji, powstania, partyzantki. Na  obozie w Zagnańsku (koło Kielc) poza wspaniałymi koncertami dla tysięcy widzów na kieleckiej Kadzielni cały zespół pojechał też do towarzysza broni Władka do księdza w malutkiej parafii w Grzymałowie, gdzie dla grupki tamtejszych ludzi dał tak samo starannie zagrany i zaśpiewany  koncert.
Stosunek Władka do harcerstwa był wręcz „nabożny”. Harcerstwo i patriotyzm znaczyły dla niego to samo. Najwyższą pochwałą, jakiej zresztą rzadko udzielał, było określenie, że ktoś jest „dobrym harcerzem” lub „dobrą harcerką”. Twardo przestrzegał dyscypliny harcerskiej. No i, bez względu na panującą pogodę, na obozach zawsze paradował w harcerskich krótkich spodniach i charakterystycznej ogromnej czapie (będącej kolejnym, ręcznie „udzierganym” darem od kolejnej harcerki). Drwił przy tym bezlitośnie z „mięczaków", noszących przy nieco chłodniejszej pogodzie, długie spodnie…
Bycie w jego zespole i kontakt z nim znaczyły dla nas coś jeszcze
Władek dawał nam ogromne poczucie bezpieczeństwa. Wiedzieliśmy, że choćby nie wiadomo co złego się stało zawsze zaraz przyjdzie Władek, może trochę pokrzyczy, ale w mig sprawi, że wszystko znowu będzie  dobrze. Przez wiele lat dla mnie i dla wielu moich przyjaciół z zespołu najszczęśliwszym dniem w roku był dzień wyjazdu na obóz, najsmutniejszym  dzień powrotu z obozu, lub obozów, jako że w zasadzie zawsze były dwa „starszy” z chórem starszym i orkiestrą (słynne „wojskowe" obozy) oraz „młodszy” - tylko z maluchami. Miałem to szczęście jeździć na oba.
Władka po prostu kochano. Jak przyjaciela, jak starszego brata, jak ojca. Zwłaszcza maluchy garnęły się do niego nieprzytomnie, wcale się go nie bojąc. Gdy usiłował dla żartu być groźny
stawał się bardziej zabawny i jeszcze bardziej kochany. Często służył bezcenną radą (jako że dobrze znał życie), często po prostu zwyczajnie pomagał. Władek znał większość naszych nawet najskrytszych, osobistych tajemnic. Rzecz jasna przy tak ogromnej liczbie osób często mu się to wszystko nieźle plątało. Nierzadko dochodziło więc do bardzo zabawnych scen, gdy Władek, mający ambicje wiedzenia wszystkiego o wszystkich (wszak byliśmy jego wychowankami) a zwłaszcza tak istotnych (i tak zmiennych) dla ludzi  młodych spraw „uczuciowych”, zaczepiając sympatyzującą (aktualnie) parę mylił właściwie wszystko ich imiona, daty, czy  okoliczności.
W swoim ostatnim wywiadzie dla Polskiego Radia Władek opisując rolę swoją i zespołowej kadry użył takiego sformułowania „…my ze swojej strony mamy dać (tym młodym ludziom) tylko  chęć wiedzy, chęć pracy a to nas nic nie kosztuje…”. Była to bardzo skromna wypowiedź. Osiągnięcie takich rezultatów, zarówno harcerskich jak i artystycznych wymagało bardzo ciężkiej pracy i kosztowało wiele.  

Czasem okazuje się, że są ludzie niezastąpieni
Sprawą niewątpliwie bolesną ale i nie tak dziwną zarazem jest fakt, że po śmierci Władysława Skoraczewskiego (2 stycznia 1980 roku) doszło do niemal natychmiastowego zakończenia działalności jego zespołu. Wygląda na to, że jednak są ludzie niezastąpieni… Tuż po tej zupełnie niespodziewanej, nagłej śmierci Władka, nie było przecież nikogo, kto nie  deklarowałby wówczas chęci pomocy, zajęcia się zespołem, pracy…  Być może było to po części i winą Władka, który po prostu nigdy nie rozważał takiej sytuacji,  że któregoś dnia ktokolwiek inny poprowadzi jego dzieło. Może po prostu nie miał na to czasu, może nie potrafił. Dość, że nie wychował sobie i nie przygotował następcy. I  po jego śmierci okazało się, że nie ma drugiej takiej osobowości, takiego drugiego Władka, który byłby równie kochany, równie słuchany, a przede wszystkim gotowy do poświęcenia całego życia ukochanemu zespołowi, ukochanej młodzieży. Podjęte wówczas próby, żenujące zresztą, należy po prostu, po trzydziestu latach, jakie mijają od śmierci tego człowieka
pominąć milczeniem. Naprawdę wielcy artyści myśleli przede wszystkim o sobie i własnej karierze (odpadał zatem element poświęcenia dla zespołu), inni byli  po prostu zbyt mali w porównaniu z Władkiem.

Obecnie działa, założone w 1990 roku Stowarzyszenie Wychowanków Harcmistrza Władysława Skoraczewskiego, zrzeszające harcerki i harcerzy grających i śpiewających kiedyś w zespole; dopóki  żyją oni i ich wspomnienia, żyje jeszcze zespołowa tradycja. Sądzę, że w dość bliskiej przyszłości powinno powstać jakieś poważne opracowanie dotyczące trzydziestu  pięciu lat niezwykłej pracy Władysława Skoraczewskiego i paru tysięcy jego wychowanków. Niezwykłej
bo od ćwierćwiecza z okładem  nikt inny się na coś podobnego nie zdobył.

Grzegorz Morkowski

Dane faktograficzne pochodzą z:
- pracy magisterskiej pani Barbary Grzymała-Siedleckiej pod tytułem „Monografia Centralnego Zespołu Artystycznego Związku Harcerstwa Polskiego”, napisanej na Wydziale Wychowania Muzycznego Akademii Muzycznej  (podówczas jeszcze PWSM) w roku 1971 w Warszawie,
- pracy magisterskiej pani Teresy Śmiech pod tytułem „Władysław Skoraczewski
Artysta, Pedagog i Działacz Społeczny”, napisanej na  Wydziale Wychowania Muzycznego Akademii Muzycznej (podówczas jeszcze PWSM) w roku 1981 w Warszawie,
- opracowania pana Zdzisława Sołtysa z 2 marca 2008 roku,
- wspomnienia Łucjana Zdzisława Kościółka, Sławomira Orzechowskiego data nieznana,
- wspomnienia pani Haliny Lewakowej z maja 1969,
- opracowania pani Ireny Bondel pod tytułem „Władek, Któż to taki?”, data opracowania nieznana.





 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego